Kiedy w końcu postanowiłam zebrać wszystkie swoje książki z parapetów, podłogi i stert na komodzie, okazało się, że mam ich prawie dwieście. Problem w tym, że mieszkam w bloku z wielkiej płyty, gdzie każdy centymetr jest na wagę złota. Zaczęłam więc szukać sposobu, żeby domowa biblioteczka nie zdominowała mojego salonu, a wręcz przeciwnie - stała się jego ozdobą. Od razu wiedziałam, że nie chcę typowych regałów z płyty wiórowej, które po roku wyglądają jak po przejściu huraganu. Postawiłam na solidne drewniane półki, które zamontowałam na całej ścianie od podłogi aż po sufit. Dzięki temu zyskałam miejsce na około trzysta tomów, a przy okazji stworzyłam ciekawy element dekoracyjny. Musiałam tylko uważać na to, żeby nie przeciążyć konstrukcji - książki potrafią ważyć naprawdę sporo, zwłaszcza te w twardych okładkach.

Przy okazji urządzania przestrzeni do czytania stanęłam przed dylematem - gdzie usiąść z książką, żeby nie męczyć kręgosłupa? W małym mieszkaniu nie ma miejsca na osobny fotel, więc zdecydowałam się na kanapę z funkcją spania, która służy zarówno do siedzenia w ciągu dnia, jak i jako łóżko dla gości. Wybrałam model z tapicerką welurową w odcieniu butelkowej zieleni, bo tkanina jest przyjemna w dotyku i łatwo ją odświeżyć wilgotną szmatką. Do tego dołożyłam kilka poduszek w różnych rozmiarach, żeby można było wygodnie oprzeć plecy podczas długiego czytania. Kanapa ma też praktyczny schowek na koce i zapasowe poduszki, co w małym mieszkaniu jest na wagę złota. Gdy rozkładam ją na noc, mogę spokojnie pomieścić dwie osoby, a mechanizm rozkładania jest prosty i nie wymaga siłowania się z tapicerką.
Z czasem okazało się, że moja domowa biblioteczka wymaga kilku poprawek. Książki, które stały w dolnych półkach, często zbierały kurz z podłogi, a te na samej górze były trudno dostępne. Zainwestowałam w zamykane szafki na dole, gdzie trzymam starsze egzemplarze i albumy, a na wysokości wzroku zostawiłam otwarte półki na ulubione tytuły. Dzięki temu wnętrze wygląda schludniej, a ja sięgam po książki bez konieczności stawania na palcach. Doświetliłam też górne półki taśmą LED, bo w pochmurne dni trudno było odczytać tytuły na grzbietach. Okazało się to strzałem w dziesiątkę - wieczorem, gdy zapalam światło, cała ściana wygląda jak z magazynu wnętrzarskiego.
Goście, którzy zostają na noc, często pytają, gdzie śpię, gdy oni zajmują kanapę. Odpowiedź jest prosta - mam łóżko z pojemnikiem na pościel w sypialni, które służy mi na co dzień. To rozwiązanie sprawdza się idealnie, bo nie muszę trzymać zapasowych koców i poduszek w szafie, która i tak jest wypchana po brzegi. Pod materacem mieści się cała pościel gościnna, dwa ręczniki i jeszcze zapasowa kołdra. Gdy rozkładam kanapę w salonie, goście śpią wygodnie na materacu piankowym o grubości szesnastu centymetrów, który leży na stelazu listwowym. Taka konstrukcja zapewnia odpowiednie podparcie dla kręgosłupa, a goście nie narzekają na ból pleców rano. To ważne, bo nikt nie lubi spać na zapadniętej kanapie.
Kolejnym wyzwaniem okazało się przechowywanie książek, które czytam akurat w danym momencie. Nie chciałam, żeby leżały porozrzucane po całym mieszkaniu, więc kupiłam mały stolik kawowy z półką pod blatem. Trzymam tam trzy-cztery tytuły, które mam w trakcie, a reszta wędruje na półki. Dzięki temu domowa biblioteczka nie zamienia się w bałagan. Przy okazji postawiłam na stoliku małą lampkę z regulowanym ramieniem, bo wieczorne czytanie przy górnym świetle męczy oczy. Teraz mogę czytać do późna, nie budząc domowników. Stolik ma też szufladkę na zakładki, okulary i kubek z herbatą - wszystko, czego potrzebuję do wieczornego rytuału.
W małym mieszkaniu każda decyzja o zakupie mebla musi być przemyślana. Kiedy szukałam czegoś do spania dla gości, zastanawiałam się nad wersalką, ale ostatecznie odrzuciłam ten pomysł. Wersalki często mają wąskie siedziska i po rozłożeniu zajmują sporo miejsca, a ich mechanizm bywa głośny. Wybrałam składany fotel z funkcją leżenia, który stoi pod oknem i służy mi jako kącik do czytania. Po rozłożeniu ma płaską powierzchnię i może spać na nim dziecko lub szczupła osoba. Do tego zajmuje zaledwie metr kwadratowy powierzchni, idealnie pasuje do reszty aranżacji. Resztę gości mogę ułożyć na kanapie, która rozkłada się płynnie dzięki mechanizmowi DL - wystarczy pociągnąć za uchwyt i siedzisko samo się wysuwa.
Największym problemem przy urządzaniu domowej biblioteczki było znalezienie miejsca na wszystkie książki, które regularnie kupuję. Zasada "jedna wchodzi, jedna wychodzi" sprawdza się tylko w teorii, bo trudno rozstać się z ulubionymi tytułami. Postawiłam na modułowy regał, który mogę rozbudowywać w miarę potrzeb. Na razie mam cztery segmenty, ale jeśli przybędzie kolejnych sto książek, dokupię piąty. Każdy segment ma głębokość trzydziestu centymetrów, co wystarcza na standardowe książki i albumy. Na dole zostawiłam miejsce na pudła z dokumentami i pudełka po butach, które estetycznie maskuje zasłonka z lnu. Dzięki temu nie muszę szukać dodatkowych schowków w przedpokoju czy sypialni.
Od trzech lat testuję różne rozwiązania i doszłam do wniosku, że kluczem jest elastyczność. Moja domowa biblioteczka ewoluuje z każdym sezonem - latem przestawiam lekką literaturę na dolne półki, zimą grube kryminały wędrują wyżej. Część książek, które przeczytałam i wiem, że nie wrócę do nich, oddaję do lokalnej biblioteki lub znajomym. Dzięki temu półki nie pękają w szwach, a ja mam miejsce na nowości. Przy okazji nauczyłam się, że nie muszę trzymać wszystkiego w zasięgu ręki - książki, które przeczytam raz, mogą spokojnie stać w kartonach na antresoli. Ważne, żeby najbliższe sercu tomiki były pod ręką, bo to one tworzą klimat tego miejsca.